Nie wiem jak to możliwe, ale obejrzałem (no prawie) dwa odcinki Yyy… jak Yyy… Serial nie tylko posiada coraz durniejszą fabułę, ale i… jak by to delikatnie yyy… powiedzieć — gra aktorska pozostawia wiele do yyy… życzenia.
W sumie nawet można by przymknąć oko na „plastikowe” zachowanie „aktorów”, czy też równie nienaturalne sytuacje wymyślone przez scenarzystów. Wiadomo — nie ma czasu, kręci się na sztukę. Taka to natura tegoż tasiemca.
Ależ na litość boską! Warstwa dźwiękowa tegoż widowiska przyprawia mnie o potrzebę nagłego opuszczenia lokalu telewizyjnego. Tego po prostu nie da się słuchać! Rażą nienaturalne w potocznym języku zwroty takie jak: „zażyj tabletkę”, „lekarz postawił diagnozę”. Nie do przecierpienia jest też fatalna… nie, nie fatalna — KATASTROFALNA dykcja niektórych aktorów, którzy (chyba ze strachu) dostają na planie szczękościsku bełkocząc i sycząc przez zaciśnięte usta.
I najgorsza yyy… sprawa — sprawa „yyy…”. Ja rozumiem, że potocznie często używa się dźwięków nieartykułowanych. Jednak wypowiedzi typu: „Na szczęście lekarze orzekli, że nie ma złamanej yyy… ręki.”, „Przynieś yyy… ręcznik” albo „Gdzie są moje yyy… okulary” nie świadczą dobrze o przygotowaniu się „aktorów” do pracy.
Kiedyś zrobiłem mały eksperyment. Po obejrzeniu kilku odcinków tego serialiska włączyłem film „Sami swoi”…
Nie ma sensu opisywać różnic. Wszystko było inne!